Czerwcowe łowy

Opublikowany przez: Tomasz Klimek

Jesteś na Mikado / Testy

Udostępnij artykuł na:

June 9, 2016

Czerwcowe łowy

Czerwiec, ostatni miesiąc wiosny, początek wakacji, oraz... kolejne wędkarskie święto - rozpoczęcie sezonu sandaczowego. Na zaporówkach tłumy. Nad rzekami ludzi trochę mniej. Nie lubię tłumów, więc z oczywistych względów wybieram rzekę. Mnogość gatunków daje mi różne możliwości wyboru. Bywa tak, że czasem naprawdę trudno mi się na coś zdecydować. Najczęściej jednak wybieram bolenie i sandacze.

IMG_20160526_165355B

Czerwcowa rzeka tętni życiem na całego. Większość ryb jest już po tarle, a pozostała część je właśnie kończy. Temperatura wody nie odbiera jeszcze rybom apetytu, więc szanse na spotkanie z okazem są nadal duże. Opadająca woda odsłania przed nami powoli swoje tajemnice, ale jeszcze nie do końca. Przychodzi bowiem moment, kiedy to czerwcowy przybór zwany „janówką” ponownie skrywa wszystko pod grubą warstwą mętnej wody.

W czerwcu wędkarska doba trwa już bardzo długo. Dzień trwa kilkanaście godzin, a krótka noc także zachęca do łowienia. Jednak pierwsze upały, popołudniowe burze, a także komary i meszki skutecznie uprzykrzają łowienie. Wszystko to może sprawić, że po jakimś czasie daje się już odczuć pierwsze zmęczenie sezonem. Właśnie z tego powodu staram się być nad wodą dosyć krótko, ale za to często, koncentrując przy tym swoją uwagę na przełomach dnia i nocy.

fot02

Po boleniowym maju mam już najczęściej namierzonych kilka dobrych „met” na ryby. Pamiętając jednak o sandaczach, swoją uwagę skupiam głównie na miejscach,gdzie za jednym zamachem mogę „upiec dwie pieczenie na jednym ogniu”, czyli połowić oba te gatunki ryb. Aby to zrobić staram się znaleźć miejsca o mocno urozmaiconej charakterystyce. Mam tu na myśli miejscówki, w których dużo się dzieje np. głęboka woda styka się z płytkim wypłyceniem, przepływ zakłócają rożnego rodzaju podwodne przeszkody (najlepiej w postaci starych budowli hydrotechnicznych). Moją uwagę zwracają także wszelkiego rodzaju odbicia nurtu, cyple w których gromadzi się większa ilość wierzchówek.

fot00

Zanim jednak wybierzemy się nad wodę, kilka słów o sprzęcie. Wędzisko jakiego obecnie używam to: Kamisori Zander 260cm o cw. do 28g. Kij szybki, cięty, idealnie pasujący do gum i sandaczy. Ale, przy swojej długości na tyle już uległy, że potrafi przyjąć i zamortyzować uderzenie potężnego bolenia. Jeśli łowię na grubszej wodzie, używając przy tym większych przynęt często sięgam po krótszy, ale mocniejszy model z tej serii (240 i cw do 35g). W kwestii linek, używam wyłącznie ośmiosplotowej plecionki o średnicy 0.14-16mm. Kołowrotek o wielkości 3000 będzie idealnie pasował do tego zestawu. Z ciekawostek, z czystym sumieniem mogę polecić agrafki typu „Polish snap”. Bardzo fajny, prosty patent zapewniający szybką wymianę przynęty. W tym przypadku okazuje się, że najprostsze rozwiązania okazują się często najskuteczniejsze.

IMG_20160603_183340

IMG_20160608_184046

Wreszcie to co najważniejsze - przynęty. W moim pudełku nadal dominują woblery. Boleniowe „przecinaki” i tradycyjne pływające uklejki. Długość 7-10cm. Najczęściej wybieram te, które pracują wąskim ściegiem, czyli charakteryzują dużą częstotliwością i małą amplitudą drgań. Kolory głównie naturalne, zaś na zmierzch i noc dodatkowo modele fluo. Te ostatnie mogą już trochę bardziej mieszać wodę.

W drugim pudełku mam zestaw gum. Najczęściej używaną przeze mnie silikonową przynętą jest nieśmiertelny Fishunter w wielkości 8 i 10 cm Od zeszłego sezonu eksperymentuje także z modelami Furyo i Speedo 9 cm. Gumy zbroję w dobrej jakości główki jigowe na mocnych japońskich hakach. Model Nihonto jest tutaj dla mnie bezkonkurencyjny. Z innych ważnych rzeczy - jeśli chcę zostać nad wodą dłużej po zmroku, to nie zapominam o latarce czołowej i... małym składanym stołeczku.

IMG_20160607_173142

Nad rzeką pojawiam się zazwyczaj po południu. Na pierwszy rzut idą bolenie. Ale zanim zacznę łowienie siadam na kilka minut i obserwuję wodę (wiem, że to trudne, ale naprawdę dobrze jest się jeszcze przez chwilę powstrzymać). Staram się zlokalizować żerujące ryby i ustalić strategię łowienia. Jeśli nie widzę żadnej aktywności boleni, to obławiam miejsca, w których miałem brania już wcześniej. Łowię głównie woblerami dobierając je do warunków panujących na łowisku.

fot01

Po pierwszym starciu, zmieniam miejsce i staram się poszukać sandaczy w ich domniemanym „domu”. Tutaj niezawodną przynętą jest guma. Przed wieczorem pozwalam sobie jeszcze na krótką sesję z boleniami. Warto poświęcić im jeszcze kilkanaście minut. Bardzo często, tuż przed samym zmierzchem uaktywniają się „najgrubsze klamoty”. Sam wieczór i pierwsze godziny nocy to już sandacz i płytko schodzący wobler.

fot04

Uwagę swoją koncentruję na pograniczu płytkiej i głębokiej wody. Nie chodzę już po brzegu, typuję miejsce i raczej czekam na żerującą rybę. Siadam wówczas na stołeczku i systematycznie obławiam wybraną miejscówkę. W ten sposób unikam niepotrzebnej krzątaniny i niemal całkowicie wtapiam się w otoczenie. Bywa tak, że brania ryb mam dosłownie pod samymi nogami.

Tomasz Klimek.

wróć do listy
bannery
bannery
AOE
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner
  • banner