Sandaczowe kombinacje

Opublikowany przez: Marcin Gruszczyński

Jesteś na Mikado / aktualności

Udostępnij artykuł na:

July 10, 2017

Sandaczowe kombinacje

Po optymistycznych sygnałach z otwarcia sandaczowego sezonu jakie docierały do nas znad zbiornika zaporowego Czorsztyn zapadła decyzja, żeby odwiedzić to łowisko. Drapieżniki te zawsze i wszędzie potrafią zaskoczyć swoim niekonwencjonalnym zachowaniem, a ponieważ dla całej naszej trójki „pstryk” w łokieć to kwintesencja spinningu, nie trzeba było długich narad. Arek Chudy, Mariusz Walczyk i ja zdecydowaliśmy się bez wahania na wyjazd nad ten zbiornik zaporowy, nie bacząc przy tym na męczącą podróż przez pół Polski i nieprzespaną noc. Pomysł się urodził i nawet nieprzychylna prognoza o silnym wietrze i burzach nie była w stanie nas zniechęcić. Tak to już jest, że ta ryba uzależnia jak narkotyk… a wszystkie niedogodności stają się w świetle perspektywy sandacza na kiju nieistotne.

Ponieważ tydzień wcześniej zafundowałem sobie niezłe rwanie szukając ryb w pniakach na zbiorniku Turawa, musiałem lekko uzupełnić arsenał. Rozpakowałem więc zamówioną wcześniej przesyłkę, uzupełniłem pudełka o gumy, główki i agrafki po czym wrzuciłem w bagażnik Cazadora, oraz Kamisori Zander. Te dwa kije w większości przypadków obsługują wszystko co mam w pudłach jeśli jestem zmuszony okroić arsenał. Mieliśmy na łódce być przecież we trójkę, więc wszyscy ograniczyliśmy się do dwóch wędek. W czwartek o 1:00 w nocy przyjechał Arek, a po drodze zajechaliśmy do Mariusza, który gościł nas na swojej łódce. Podróż długa, ale wszyscy wiedzieliśmy przecież na co się piszemy… O 10:00 łódka była na wodzie!

Piątkowa, przedpołudniowa tura okazała się jednak porażką i to nie dla tego, że nie było brań, ale z powodu wiatru wiejącego ponad 8 m/s! Prognozy niestety się potwierdziły. Zwodowaliśmy się w pobliżu wpływu Dunajca i Białki, bo to właśnie w tych płytszych miejscach zbiornika należało spodziewać się ryb na początku sezonu i mimo obaw o pogodę wypłynęliśmy. Zaczęliśmy od poszukiwania spadków i górek na głębokościach 6 – 8 metrów. Mocny wiatr wiejący z kierunku północnozachodniego ograniczał nam znacznie wybór miejsc i determinował nasze przemieszczanie się po akwenie. Szukaliśmy więc dobrego dna w strefach z mniej rozhuśtaną wodą, a to niestety dodatkowo zmniejszało nasze szanse na dobre efekty.

Wynik otworzył Mariusz pierwszą rybą, ale każdy z nas zanotował podczas tego wypłynięcia po braniu i krótkim sandaczu. Z minuty na minutę, wprost proporcjonalnie do naszych apetytów na zdjęcie z okazem, wiatr jednak przybierał na sile. Rozpoczynaliśmy łowienie używając 8, 10 i 12 gramowych główek, ale w miarę wzmagania się podmuchów dokładaliśmy kolejne gramy… i około 13-tej skapitulowaliśmy. Wiało już tak mocno, że 30 gram nie dawało szans na odpowiednie czucie przynęty i efektywne łowienie. Nawet nawinięta na kołowrotkach cienka Octa Braid o średnicy 0,12 mm nie była w stanie zniwelować balonu jaki tworzył się na plecionce podczas łowienia. Powrót do brzegu na elektryku nie należał do przyjemnych, bo woda wlewała się nam do łodzi, a całą powrotną drogę na sleep spędziliśmy z Arkiem wachlując czerpakami. To niestety minus Czorsztyna… na spalinie nie byłoby problemu.

Prognozy na popołudnie, wieczór i sobotę były już łaskawsze, więc zakwaterowaliśmy się, zjedliśmy obiad i odpoczęliśmy krótko przed wieczorną turą. Około 17:30 wiatr zaczął słabnąć i pozwolił na wypłynięcie. Ku naszemu zaskoczeniu w miejscach, gdzie przed południem na echosondzie widzieliśmy ławice drobnicy, a pod nimi przyklejone do dna drapieżniki, teraz brak było jakichkolwiek zapisów. Wiejący przez cały dzień wzdłuż zalewu wiatr zepchnął drobnice na głębszą wodę, a sandacze poszły za nią. Przemieściliśmy się na głębsze miejscówki (10 -13 metrów) i zlokalizowaliśmy atrakcyjny uskok, a przy nim ławice ryb. Już pierwsze napłynięcie dało efekty! Pierwszą rybą z miejscówki był co prawda pokaźny leszcz Arka, ale to tylko przekonało nas o dobrym wyborze strefy, bo bardzo często trasy wędrówek leszczy pokrywają się z sandaczowymi.

20170623_201231

I znowu potwierdziło się, że warto będąc na łódce w dwie, czy trzy osoby podzielić „role” w celu szybszego znalezienia recepty na brania. Każdy z nas zaczął inaczej, żeby szybko określić najskuteczniejszą metodę (wielkość i kolor przynęty, ciężaru główki i technikę prowadzenia). Szybko okazało się, że agresywny opad nie był skuteczny, a lekka główka też nie dawała zadowalających efektów. Po wielu kombinacjach znaleźliśmy złoty środek - sandacze brały „na wleczonego” i to o dziwo na ciężkiej 17 - 20 gramowej główce!

20170702_172532

Metoda ta polega na przerywanymi przystankami, powolnym prowadzeniu przynęty, która na całej długości rzutu nie traci kontaktu z dnem. Ryby reagowały na przynęty raczej w naturalnych kolorach, a najlepszą okazał się Fishanter 10,5 cm w kolorze 112 RT (red teail), na którego padło najwięcej ryb. Technika „na wleczonego” okazuje się często bardzo skuteczna i warto jej próbować. Szczególnie kiedy mamy pewność, że stoimy we właściwym miejscu, a sandacz przyklejony jest do dna i nie reaguje na żadne inne nasze sztuczki. Wyraźną wskazówką dla mnie do użycia tej techniki jest sytuacja, w której większość ryb zacinam przy podbijaniu przynęty po długim pozostawieniu jej na dnie w bezruchu. Najlepiej przy tym sposobie prowadzenia sprawdzają się gumy o agresywnej pracy ogona (Tsubame, Fishanter, Fishanter TT).

20170702_172400

20170702_170808

Kombinowanie i szukanie złotego środka przy łowieniu sandaczy zawsze się opłaca… a dzięki naszej aktywności były brania i ryby!

20170623_200727

Po zmroku spenetrowaliśmy jeszcze płytkie jak na ten zbiornik strefy (poniżej 4 metrów), w nadziei, że mętnookie wyjdą przed nocą na płyciznę. Drobnica powoli zaczęła wracać, ale brań nie było, a nam zaczęła się dawać we znaki nieprzespana noc. Po spłynięciu okazało się, że tego dnia na wodzie z wynikami było bardzo słabo, a ekipy, które pozostały na płytkich miejscach, czekając na brania, których od początku sezonu było w tych strefach dużo - skończyły na zero!

Przy późnej kolacji humory dopisywały, a że cała nasza trójka lubi rywalizację, to postanowiliśmy, że ten kto złowi największego sandacza, w nagrodę napisze tekst z wyprawy.

Czerwcowa noc (jedna z najkrótszych w roku) skończyła się szybko i o świcie wypłynęliśmy na wodę. Wiatr się uspokoił i zaczęliśmy znowu od obławiania miejsc o głębokości 6 – 8 metrów i lekkiego opadu na ośmiogramowej główce. Brania były, ale zdecydowanie mniejszych ryb, a „wleczony” przestał działać. Najlepiej sprawdziła się natomiast Saira, której ogon w lekkim i krótkim opadzie pracuje najefektywniej, a tak tego dnia trzeba było podawać przynętę. Na rozpoczęciu sezonu właśnie Saira sprawdzała się w bezwietrzne dni na kilku zbiornikach i Mariusz pokazał nam klasę jej prowadzenia. Wyholował szybko komplet ładnych ryb, a to jak opanował prowadzenie Sairy na lekkiej główce swoim Kendo Shinem zrobiło na nas duże wrażenie. Poranna tura w sobotę była niestety pożegnalną, choć chciałoby się zostać na dłużej.

DSC_0127

20170623_191337

Ten wypad na Czorsztyn znowu dał nam wszystkim lekcję pokory i kolejny raz uświadomił jak niezliczona ilość czynników ma wpływ na zachowania sandaczy. Tylko Ci wędkarze, którzy potrafią połączyć je w niepowtarzalny kod, który otwiera mętnookim pyski mają szanse na regularne połowy tych ryb. Trwanie przy metodzie, przynęcie czy miejscu, które do wczoraj było „bankowe” może okazać się niestety stratą czasu. Wyprawa bardzo udana, bo cała nasza trójka złowiła po kilka fajnych ryb, a co najważniejsze nie były to łatwe sandacze - a to właśnie jest jeden z czynników, który spinningistów tak wciąga w łowienie tych ryb!

20170623_191451

DSC_0132

20170623_200731

Planujemy odwiedzić jezioro Czorsztyńskie w tym roku jeszcze pod koniec lata i jesienią. Wtedy pewnie trzeba będzie popłynąć w poszukiwaniu drapieżników w okolice zamków. To głębsza i bardziej malownicza część zalewu. Już teraz jednak wiemy, że trzeba będzie szukać nowego „złotego środka”, czy „tajemnego kodu”, który okaże się receptą na brania. Dni kiedy sandacze żerują tak intensywnie, że przynęta, prowadzenie i taktyka nie ma znaczenia zdarzają się niestety naprawdę rzadko.

Napisanie tekstu w nagrodę za największą rybę wyjazdu będzie od tej pory naszą tradycją… a ja naprawdę nie będę miał nic przeciwko temu, żeby zawsze ten obowiązek spadał na mnie :)

 

Tekst: Marcin Gruszczyński

Zdjęcia: Arkadiusz Chudy, Mariusz Walczyk, Marcin Gruszczyński

 

Udostępnij artykuł na:

wróć do listy